Dzień dobry. Wracam po długiej przerwie spowodowanej tak naprawdę nic nierobieniem, ale i też dużą ilością obowiązków, które z dnia na dzień przybywają mi ze względu na to, że postanowiłem się niedawno wyprowadzić z rodzinnego domu i zamieszkać na "swoim". Przez ten okres zdążyłem zauważyć, że chyba świat mnie przegonił. Jeżeli chodzi o związki jestem pół tradycjonalistą, a pół luzakiem. Preferuje równość i partnerstwo między obojgiem płci, a przede wszystkim chcę się rozmnażać. Co dokładnie zauważyłem? Pozwólcie, że przedstawię wam to z mojego punktu widzenia.
Wiążąc się ze swoją narzeczoną dwa lata temu oczywiście wszystko widziałem w różowych kolorach. Świat zaczął mi sprzyjać, wszystko wydawało się fajne i kolorowe, że będziemy jak Ci zakochańce z super amerykańskich komedii i romansideł. Co mi zostało z tego patrzenia na świat? To, że życie wydaje mi się lepsze. Tak, jest lepsze, a wszystko to zasługa mojej ukochanej. I nie piszę tego tutaj, tylko po to, by się jej przypodobać, czy by się przypodobać komukolwiek. Piszę, bo tak czuje. A co to ma do tytułu tego posta? Wiele.
Wcześniej napisałem, że czasy mnie wyprzedziły. Zapytacie pewnie jak. Otóż tak, że role w związku się odwróciły i to całkowicie. Patrząc przykładowo na moich dziadków, czy też na rodziców moich znajomych, odnoszę wrażenie, że głową rodziny jest ojciec, dziadek, po prostu facet. Patrząc na moich znajomych i w sumie patrząc na swój związek, sprawa jest postawiona całkowicie inaczej. Głową rodziny jest kobieta. To ona trzyma piecze, jest matką, żoną, kochanką, dobrym kumplem, przyjacielem, partnerem do grania na kompie, konsoli, nawet do charatania w gałę i to WSZYSTKO W JEDNYM.
Szczerze mówiąc wiążąc się dzisiaj z kobietą, otrzymujemy produkt kompletny, przygotowany do każdego rodzaju interakcji. Choć wszem i wobec dalej panuje przekonanie, że jeżeli coś jest do wszystkiego to jest do niczego, to to na pewno nie dotyczy kobiet, bo mimo tego, że nie zatraciły one pierwotnych zastosowań - czyli rodzicielki, pani domu i ogólnie rzecz biorąc osoby dbającej o ciepło domowego ogniska, to wstąpiły do męskiego świata, mało tego - zadomowiły się w nim i wyparły coraz to słabsze jednostki płci męskiej.
A jak to wygląda z mojego punktu widzenia? Czy jestem z tego obrotu spraw zadowolony? Szczerze mówiąc tak. Jestem i to w pełni. Pewnie wielu facetów jest z tego zadowolonych, tylko ilość męskiego ego przewyższająca dziesięcio czy nawet dwudziestokrotnie długość penisa nie pozwala im się do tego przyznać, bo przecież "ja pantoflarz?"
Na początku cała sprawa mnie przerosła, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to nastąpi tak szybko jak nastąpiło, ale patrząc przez perspektywę dwóch ostatnich lat, a nawet wcześniej, cieszę się z tego. Tak mam w domu produkt kompletny. Tak jestem pantoflarzem i jestem z tego dumny. Wierzcie mi lub nie, ale dzisiejsza kobieta stała się cholernie samowystarczalna i większości jednostek płci pięknej nie jest już potrzebny facet z zerową ilością intelektu, za to z siłą Herkulesa, jak to było ze 30 lat temu. Dzisiaj facet to "mientka faja" i tylko dodatek do silnej i niejednokrotnie przewyższającej go kobiety.
Także drodzy faceci, cieszmy się z tego co mamy. Nie ma co narzekać na to, że kobieta zaczyna nam ingerować coraz bardziej w nasz hedonistyczny, męski świat. Pamiętajcie jedno - gdyby nie one, nas by nie było.
Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz