piątek, 6 marca 2015
50 Twarzy Greya - czyli film, na którym się...nie zawiodłem
Witam was. Walentynki minęły, można wrócić do normalnego życia. Ja w czasie tegoż święta postanowiłem zrobić swojej narzeczonej prezent i zabrać ją na film, o który truła mi dupe 2 miesiące przed premierą - czyli 50 Twarzy Greya.
Idąc na ten film przekonany, że będzie to pięć dyszek wydanych w błoto rozsiadłem się spokojnie w kinowym fotelu. Po prawie pół godzinie reklam, w czasie których znalazłem jeden film, który z chęcią bym obejrzał (mowa o Body / Ciało) moim oczom ukazał się film.
Film, w którym jakiś bogaty kolo znalazł sobie laskę i postanowił sobie poruchać. Facet rzekomo nie praktykuje romantyzmu i zależy mu tylko i wyłącznie na zaspokajaniu swoich seksualnych wizji. Jednak gdy napotyka Anastasie Steel w jego łbie coś pęka. Tak jakby się w niej zakochał, ale się nie zakochał. Tak jakby bał się miłości, ale jednocześnie lata za nią jak śliniący się pies za suką. Kupuje jej fanty, tu ciuchy, tu auto (szczerze mówiąc to na taką audice to i sam bym poleciał #no_homo). Ana próbuje naszego delikwenta nawrócić i namówić go na spróbowanie czegoś takiego jak normalny związek. Ten jednak odbija piłeczkę, machając jej przed gębą świstkiem na którym wypisane są wszystkie seksualne zabawy, które ma on zamiar z nią praktykować przy okazji tworząc relację na zasadzie pan - niewolnica.
Książki osobiście nie czytałem, ale przyznam szczerze, z tego co opowiadała mi Moja narzeczona, to film jest za...grzeczny. Nakręcony typowo po amerykańsku, bez w ogóle jakiejś zabawy seksem jaką mamy choćby w książce. Wiem, że słowem można łatwiej wszystko opisać niż obrazem, ale skoro już pokazali cycki i przez milisekundę penisa to powinni pokazać przynajmniej połowę tego co mamy w książce.
Jednak są też i dobre strony tego filmu. Fakt może i dynamika dupy nie urywa, ale przynajmniej jest lepiej nakręcony niż większość amerykańskich filmów ostatnich lat.
Na plus też ścieżka dźwiękowa. Ja naliczyłem się dwóch utworów i to moim zdaniem w zupełności wystarczy. Nie rozumiem zabiegów marketingowych gdzie w super kasowej produkcji, która ma się zwrócić w 10 minut po premierze w kinach więcej jest muzyki, aniżeli filmu. Z drugiej strony "Crazy In Love" to taki odgrzewany 10 - letni kotlet. Mnie jednak bardziej podobał się w pierwszej wersji wraz z Jayem - Z.
Reasumując. Filmy na bazie książek raz wychodzą raz nie. Jednak Amerykańska poprawność polityczna jest czasem aż do zrzygania nudna i to widać w tym filmie. Seksu mało, perwersji prawie wcale. Jednak ten film miał to coś co mnie w nim zainteresowało. Może to ta flota audic jaką dostali producenci filmu? A może to to, że i ten film jest przykładem na to, że żeby wygrać życie trzeba ostro zapierdalać? Nie wiem i szczerze mówiąc się nie dowiem. Dla mnie to takie kino do zobaczenia na raz. Jednak polecam parom. Może dzięki temu wasze życie łóżkowe będzie ciekawsze.
Pozdrawiam
PS.
Subskrybuj:
Posty (Atom)